Wpis

wtorek, 03 marca 2009

DOWODY W SPRAWIE ROBINSONA CRUSOE

Pierwszy raz czytałem Przypadki Robinsona Crusoe – przypadkiem - jako dzieciak. Pamiętam, że leżałem wtedy w łóżku pod wielką, jak góra pierzyną i wypacałem ostatki choroby. Książka ta wydawała mi się wtedy horrendalnie gruba i pisana drobnym makiem. Czułem, że może mnie zamordować. Wziąłem więc do przerobienia coś innego. Nie przypominam sobie, co to było, ale chyba okazało się na tyle bezpieczne, że... szybko zostało porzucone. Czyli podświadomie pragnąłem jednak zmierzyć się z Robinsonem. I gdy w końcu zdecydowałem się ugryźć tę książkę, czytanie szło mi nader sprawnie. Zupełnie odleciałem. Jeśli gorączka grypy ustąpiła już pod wpływem medykamentów skrupulatnie wciskanych mi przez mamę, to powróciła ze zdwojoną, porażającą siłą za sprawą nowej lektury.

Zapamiętałem wówczas dwie rzeczy, i właściwie zapamiętałem jedynie to, co leży w tej fabule na samym wierzchu: oszałamiającą tropikalną przyrodę bezludnej wyspy i człowieka, którą potrafił tę przyrodę nieźle urobić. Później oczywiście w szkole - rozkładaliśmy Robinsona Crusoe na czynniki pierwsze. I wówczas docierały do mnie dalsze znaczenia: o charakterze poznawczym, estetycznym czy też wychowawczym. Jednak tym, co się we mnie trwale ostało z tamtego porywającego czytelniczego seansu jest obraz Wyspy, który usilnie kompilowałem w swej wyobraźni, niechybnie nadpalając neurony...

Jak Robinson wygryzł kanibali z zatoki
to im w Piętaszki poszło.
Englishman's Bay, Tobago
(c)www.trespimientos.pl

Pod koniec 2008 roku na jednej z wysp należących do Chile – po 300 latach – odszukano ślady ludzkiej aktywności, które na początku XVIII wieku zostawił Alexander Selkirk. Ostatecznie zatem potwierdzone zostało, że ten szkocki żeglarz i awanturnik, który w efekcie samotnego pobytu na wyspie prawie zdziczał pośród kóz i jak donosili świadkowie bełkotał później nieskładnym angielskim, że ten buntownik i szaleniec, który cztery lata wcześniej sam kazał się tam wysadzić, zabierając ze sobą jedynie strzelbę, nóż, trochę tabaki i Biblię – rzeczywiście całkiem nieźle sobie radził w kwestiach survivalowych. To już wiemy na pewno.

Historia Selkirka błyskawicznie trafiła do gawiedzi jeszcze za jego czasów. Musiał ją równie szybko usłyszeć sam Daniel Defoe. Nie wiadomo, czy panowie się kiedykolwiek spotkali ale przeżycia szkockiego rozbitka prawdopodobnie zainspirowały angielskiego literata do napisania Robinsona Crusoe, powieści z 1719 roku, która zapoczątkowała trwającą nieprzerwanie do dziś - robinsonadę.

Generalnie świat około literacki zgadza się co do tego, że pierwowzorem Robinsona był Selkirk. Sam Defoe wykorzystał z opowieści Szkota praktycznie tylko jej zarys a środek wypełnił obficie już własnym kreacyjnym duchem. Jeden z ówczesnych mu kolegów po piórze, zauważył że w Crusoe było tyle z Selkirka ile w szekspirowskim Makbecie czy Hamlecie było szkockich i duńskich kronik albo w Romeo i Julii - dawnych włoskich ballad. W tamtych czasach zapewne wielu marynarzy i żeglarzy mogło dzielić losy Selkirka ale w zbiorowej świadomości udało się zaistnieć akurat jemu. Fakt utożsamienia tego człowieka z Robinsonem Crusoe siłą rzeczy uczynił go nieśmiertelnym. O Selkirku można wiele wyczytać. Kim naprawdę był, skąd pochodził, jakie miał upodobania i nałogi. Sława zawsze w konsekwencji upomina się o coś na kształt biografii.

Obficie krzewiąca się przyroda wyspy od strony jej
zachodniego - karaibskiego wybrzeża.
Englishman's Bay, Tobago
(c)www.trespimientos.pl

Palmy królewskie porastające wzgórza na wyspie.
Zachodnia część Tobago
(c)www.trespimientos.pl

Skoro tak wiele wiadomo o rozbitku, można podejrzewać, że i nietrudno trafić na "jego wyspę". Tu jednak pojawiają się komplikacje i spory, których z logicznego punktu widzenia wcale być nie powinno. Bo kto spiera się w kwestii położenia wyspy, na której Daniel Defoe umieścił swojego bohatera, ten książki w ogóle nie czytał a głos zabiera albo czytał, tyle że nie pamięta o czym. A że mu się nie chce doczytać to staje się entuzjastą opinii błędnych.

W śledztwie tym można się ciągle mylić, co do ostatecznego miejsca lądowania Robinsona ale absolutnie nie sposób się pomylić, jeśli chodzi o obszar geograficzny, na którym miejsce to leży. Nie jest to możliwe. Chyba, że istnieją co najmniej dwie wersje tej przygodowej powieści. W tym jedna to falsyfikat siejący mętlik. Bo przecież w Rozdziale IX. autor wyraźnie wskazuje lokalizacje, w jakich miał się znaleźć statek Robinsona, zanim załatwił go sztorm. Oto i ten fragment...

[...] Chcąc dostać się na linię wiatrów, stale ku brzegom Afryki wiejących, należało dosięgnąć dwunastego stopnia szerokości północnej, to jest powyżej wyspy Trinidad, należącej do Małych Antyli i stamtąd dopiero skierować ku Gwinei. Puściliśmy się więc wzdłuż brzegów Ameryki Południowej. Oprócz silnych upałów, żegluga szła bardzo pomyślnie, lecz minąwszy Przylądek Świętego Rocha, zostaliśmy niespodzianie zaskoczeni przez gwałtowny huragan wirujący, zwany przez tutejszych marynarzy tornado. Wicher ten, kręcąc statkiem, jak orzechową łupiną, porwał go w stronę północno-wschodnią. Wszelkie usiłowania marynarzy, aby się utrzymać w oznaczonym kierunku, na nic się nie przydały. Musieliśmy się zdać na wolę Opatrzności. Wiatr co chwila się zmieniał: raz wył z północy, to znów z zachodu, to z południowego wschodu. Statek jak fryga latał w najrozmaitszych kierunkach. Dwunastego dnia dopiero nieco się uciszyło. Kapitan, dokonawszy stosownych obserwacji, przekonał się, że statek znajduje się na Morzu Karaibskim, poza Małymi Antylami. Co najprzykrzejsze, że straciliśmy dwóch ludzi bałwanami z pokładu zmiecionych i okręt skołatany w wielu miejscach przepuszczał wodę. Po krótkiej naradzie z kapitanem, postanowiliśmy żeglować do Wyspy Św. Łucji, w porcie tej wyspy naprawić statek i przyjąć innych majtków w miejsce straconych.

Ale zaraz na drugi dzień żeglugi zerwała się burza powtórnie, pędząc nas z szaloną gwałtownością ku południowi. Wicher zdruzgotał nam reje, poszarpał w szmaty wszystkie żagle, a na koniec strzaskał maszt przedni. Pół dnia i noc cała przeszły w najstraszliwszym oczekiwaniu rozbicia się lub zatonięcia. Gdyby nawet powiodło się dostać na jakikolwiek bądź ląd w tych stronach, niezawodnie zamordowaliby nas i pożarli dzicy Karaibowie. Zguba więc była nieuchronna. [...]


Zachodnia wybrzeże Tobago.
(c)www.trespimientos.pl

Od zarania tej historii konsekwentnie i bezmyślnie utrwalana jest jednak wersja, że kultowa wyspa z powieści Defoe leży na Pacyfiku a dokładnie kilkaset kilometrów od wybrzeża Chile. To Szkot Alexander Selkirk, autentyczny rozbitek spędził tam samotne cztery lata swego życia.

Natomiast całkowitą i powielaną z ignorancji bzdurą jest to, że również jego literacki odpowiednik Robinson Crusoe żywot swój tam pędził. W żadnym wypadku. Legendarnego Robinsona wyrzuciły na plażę egzotycznej wyspy fale wód Atlantyku albo ściślej Morza Karaibskiego a nie Pacyfiku. I tak jest zapisane na kartach powieści.

Istnieje jednak geograficzna pułapka w nazewnictwie, zastawiona w połowie lat sześćdziesiątych przez rząd Chile, sprytnie dążący do rozwoju turystyki w regionie i lepszej promocji paru miejsc.

Jeśli ktoś – zapominając zupełnie o Robinsonie Crusoe - chciałby ruszyć śladami autentycznego Alexandra Selkirka – to faktycznie rozsądnie pojedzie do Chile i w końcu trafi na jedną z wysp Archipelagu Juan Fernández. Wyspa ta jeszcze do roku 1966 nosiła nazwę Más a Tierra. Obecnie zaś zowie się już przewrotnie - Isla Robinson Crusoe. I jednoznacznie ale jakże bezlitośnie nieprawdziwie sugeruje, że jednak tu właśnie a nie gdzie indziej przebywał najpopularniejszy rozbitek w dziejach literatury. Powtórzmy – w dziejach LITERATURY. Jakby tego było mało, inna wyspa w obszarze wspomnianego archipelagu – wcześniej znana jako Más Afuera została przemianowana na… Isla Alexander Selkirk mimo, że ten z krwi i kości bohater swych czasów nigdy tam nie dotarł.

Jedna z karaibskich zatok w Tobago.
(c)www.trespimientos.pl

Natomiast jeśli ktoś de facto poznał fikcyjną postać Robinsona Crusoe – w sensie – przeczytał z uwagą powieść Daniela Defoe i koniecznie chce dotrzeć do sławetnej wyspy to świadomie od początku zacznie jej szukać tylko i wyłącznie gdzieś na Karaibach. Albo z jego głową do geografii nie jest najlepiej. Do Chile może polecieć innym razem – w innym celu (patrz – poprzedni akapit).

Rozbieżność lokalizacji. Około 6 000 km.

Problemem pozostaje to nieprecyzyjne określenie gdzieś na Karaibach. Gdyby Daniel Defoe, pisząc powieść po prostu zintegrował autentycznego rozbitka z jego autentyczną wyspą i resztę korzystając z licentia poetica po swojemu sfabularyzował to fani Robinsona zjeżdżaliby dziś jedynie na chilijski archipelag Juan Fernández. Nie byłoby nieporozumień. Autor sprawę jednak skomplikował wynajdując dla swego bohatera zupełnie nowe miejsce akcji. Przyszli łowcy przygód i wielbiciele literatury otrzymali jednocześnie możliwość karaibskich eksploracji w kwestii wyspy.

Istnieją pewne ślady, wskazujące na to, że miejscem tym może być Tobago. Nie ma wątpliwości co do tego, że Defoe dysponował przebogatą wyobraźnią i z literackim rozmachem wymalował okoliczności (można rzec – przyrody) w jakich znalazł się Robinson. Niemniej jednak musiał Defoe również dotrzeć do – jak na tamte czasy – wystarczająco rzetelnego materiału źródłowego dotyczącego fauny i flory rejonu Karaibów. Bardzo prawdopodobne, że udało mu się dokładnie przestudiować poniższy pamflet napisany w roku 1683 przez kapitana Johna Poyntz’a.

Strona tytułowa pamfletu
poświęconego wyspie Tobago.
source: www.mercuriuspoliticus.wordpress.com
Early English Books Online

The present prospect of the famous and fertile island of Tobago with a description of the situation, growth, fertility and manufacture of the said island, to which is added proposals for the encouragement of all those that are minded to settle there.

Aktualna perspektywa dla znanej i urodzajnej wyspy Tobago wraz z opisem położenia, wzrostu, urodzaju oraz produkcji na wspomnianej wyspie, do której dodaje się propozycje zachęty dla wszystkich tych, którzy są skłonni tam osiąść.


W dzisiejszej realiach gospodarczych (i tych nadszarpanych kryzysem) podobny dokument choć nieco mniej literacko napisany, zwie się po prostu memorandum informacyjnym dla inwestorów albo katalogiem sprzedażowym (często w połyskującej okładce) dla potencjalnych nabywców gruntów czy nieruchomości...


Społecznościowo

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
tres.pimientos
Czas publikacji:
wtorek, 03 marca 2009 02:04

Trackback

Komentarze

Dodaj komentarz

  • joanna_julia_sokolowska napisał(a) komentarz datowany na 2009/07/10 00:18:29:

    Cudowne zdjęcia!
    Cudowne miejsca!
    Pozdrawiam!

  • leonardito napisał(a) komentarz datowany na 2009/08/17 14:08:59:

    wspanialy ten blog ...
    ROBINSON CRUSOE z pewnoscia by czytal ze sto razy !
    (ja tez, ja tez)
    suerte

  • la_polaquita napisał(a) komentarz datowany na 2012/04/15 16:10:46:

    Bardzo ciekawy artykuł. Ja sama w dzieciństwie ledwo przebrnęłam przez skróconą wersję przygód Robinsona, ale zafascynowała mnie inna książka dotykająca tematu "Wyspa Robinsona" Arkadego Fiedlera. Jeśli jej nie znasz, bardzo polecam. Bohater, polski dziewiętnastowieczny marynarz, jest sam zafascynowany książką o Robinsonie i próbuje dociec, która to mogła być tak "jego" wyspa. Los chce, że sam zostaje rozbitkiem i cały czas porównuje swoje doświadczenia z tymi książkowymi. Pamiętam, że doszedł właśnie do wniosku, że wyspa Robinsona na mogła być na karaibach, bo w tym klimacie nikt nie wytrzymałby w ubraniu z kozich skór... No i nie było tam żadnych dzikich kóz. Te kozy chyba mi bardziej pasują do tych chilijskich wysp, może tam jest chłodniej? Czyli wywodzą się one z doświadczeń Selkirka, a Defoe wszystko pomieszał i przeszczepił je na karaiby. W każdym razie książkę Fiedlera bardzo polecam, mimo upływu lat, wcale nie trąci myszką (jak chociażby sam robinson, przynajmniej dla mnie...).

  • tres.pimientos napisał(a) komentarz datowany na 2012/04/15 20:19:35:

    @la_polaquita: Pewnie dzikie kozy trafiły do zagród, by wyczekać swej przyszłości w postaci curry goat&rice, czyli świetnie dosmaczanej koziny, uwielbianej szczególnie na "angielskich" Karaibach.

    Może i Defoe namieszał ale za to na Tobago mają fajny temat pod przyjezdnych i nie tylko. W końcu to bardzo karaibskie, że fikcję miesza się z rzeczywistością i podaje dalej wedle uznania. Na tej plaży w Englishman's Bay spotkaliśmy jakiegoś odludka, który sobie w cieniu palmy podczytywał właśnie "Robinsona Crusoe".

    Trzeba jeszcze dodać, że Defoe rzucił tego swego rozbitka na karaibski piach ale i zadanie z geografii jakoś odrobił. Może nie na pięć, ale na cztery "mniej". Gdyby załoga, startując z Brazylii, bez szwanku podpłynęła do tego dwunastego stopnia szerokości północnej i wykręciła w prawo, miałaby w linii prostej, po drugiej stronie Atlantyku, afrykańską Gwineę. Nie inaczej. Lecz za Cabo de So Roque w statek walnął potężny huragan i plany zniweczył.

    Robinson mógłby dobić do którejś z wysp archipelagu Fernando de Noronha, który leży na północny-wschód od wspomnianego przylądka św. Rocha. Defoe nie musiał swego bohatera aż tak męczyć. Lecz literat wizję miał i bardzo chciał dopchać swego Robinsona na te upatrzone Karaiby więc nakład tego wiatru ile się dało i porządnie wzburzył ocean... Czy było to tylko jego widzimisię?

    W 2009 roku samolot Air France Lot 447, lecący z Rio de Janeiro do Paryża, zaginął jakiś czas po tym, jak minął właśnie Cabo de So Roque, co niestety skończyło się najtragiczniejszą katastrofą w historii francuskiego przewoźnika... Niewiadomo, jaki czort karty rozdaje w tamtejszych rewirach...

Dodaj komentarz

Kalendarz

Październik 2014

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

kontakt mailowy
Złote strony Wprost

Kopiowanie treści i zdjęć

(c)tres.pimientos

Treść bloga chroniona jest prawem autorskim.

Zezwala się na kopiowanie treści notek i zdjęć pod warunkiem uzyskania pisemnej zgody autora.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...