Wpis

wtorek, 01 lipca 2008

CZARNY PIES TO STRES

Biały, jak ty, nie musi bać się czarnego psa, pocieszał mnie stary Haitańczyk. To raczej Czarny struchleje, gdy na podobną bestię trafi po zmroku. W stolicy czy na wsi. W szemranej dzielnicy czy na rozstaju dróg. Albo na cmentarzu. Bo czasem jest powód, aby tam iść. I nie chodzi o pogrzeb ani pamięć. Jeśli rozumiesz, o czym mówię. Spotkanie z czarnym psem kończy się fatalnie. Do śmierci blisko, a jeszcze bliżej do obłędu. Nie wiem, co gorsze dla człowieka, paść trupem na miejscu czy snuć się martwym za życia. Nikt go wtedy nie poznaje. Bo tak chce diabeł. Białemu zaś czort odpuści. Blanc znaczy bogaty. Blanc nie ma problemów. Może ze spokojem pomyśleć o biednych. Bogaty znaczy dobry dla Haiti. A nawet diabeł ma już dość złego Haiti. I w desperacji zaczyna wierzyć. Tylko czy wiarę swą lokuje właściwie, czy czasem nie głupieje, pomyślałem. Z drugiej strony czułem się pewniej. Kryty czarcimi plecami mogłem spokojnie... węszyć. Wtedy sądziłem, że rewirem piekielnego ogara o rozognionych oczach i zasiarczonym pysku są brytyjskie wrzosowiska. A jego conocna fucha polega na wypełnianiu klątwy pewnej rodziny...

Karaibska bestia
(c)tres.pimientos

Leniwie nastał duszny i lepki świt kolejnego dnia, czwartego roku Ery Duvaliera. Tropikalne słońce przebijało resztki zawiesistego mroku nad wybielonym, jak wysuszony piszczel Pałacem Narodowym w Port-au-Prince. François Duvalier, znany bardziej, jako Papa Doc nie zdążył zakosztować porannej kawy i przeklął. Barbarzyńsko wcześnie zadzwonił pilny telefon. Prezydent mógł wiedzieć, czego dotyczy. Ostatnio informowano go jedynie o nowych trupach wśród jego gwardzistów. Prawdopodobnie wściekł się z innego powodu. Chorobliwie nie znosił, gdy mu cokolwiek przerywało śniadaniowe kontemplacje przy wybornej, haitańskiej "małej czarnej". Niechętnie zatem chwycił masywną słuchawkę. Usłyszał w niej chropowaty głos, dostatecznie zniekształcony po to, aby zabrzmiał złowieszczo. Dlatego Duvalier nie rozpoznał go od razu. Uważaj Papa, to co pijesz może być zatrute... Usłyszawszy tak wymowne ostrzeżenie, zdesperowany wrzasnął do ucha rozmówcy, którego uznał za swego dawnego poplecznika. Barbot, to raczej ja wiem, ile jeszcze pożyjesz. Zobaczysz, osobiście przyniesiesz mi swą własną głowę!

Trudno dać wiarę, że za tym ultrakrótkim dialogiem stały persony, które przed niespełna dwoma laty deptały wspólnie krwawą ścieżkę nowej historii karaibskiego kraju. I perfekcyjnie współgrały ze sobą, jak połówki mózgu. Na przewlekłe nieszczęście dla Haiti, mózg ten skrywał w swych skręconych czeluściach trzepnięty i fanatyczny umysł. Chował intelekt wynaturzonego psychopaty, jakiego wyłączną pasją pozostaje cyzelowanie aparatu terroru, szerzenie aury grozy i totalnego osaczenia. A wszystko to w imię jednego, niezmiennego celu – bezwzględnego podtrzymania pouvwa, władzy całkowitej. Mimo, iż ta telefoniczna, parapsychiczna próba zdalnego oddziaływania zabrzmiała bardziej, jak tani pokaz mocy sfrustrowanych adeptów czarnej magii – komunikat wydał się dość czytelny: ktoś tu kogoś zamierzył faktycznie nastraszyć...

***
W deszczowym wrześniu 1957 roku nieodwołalnie wygasały "złote czasy" prosperity w haitańskiej republice. Pierwsza połowa lat pięćdziesiątych pozostawia w historii zapis szczególnie pozytywny. I to mimo wojskowych rządów sprawowanych przez prezydenta-generała Paul E. Magloire’a. To rzeczywiście niezwykłe na tle krańcowo burzliwych dziejów tego mocno egzotycznego kraju. Magloire okazał się otwartym na świat, obrotnym włodarzem o usposobieniu zdecydowanie antykomunistycznym. Nie dziwi zatem, że błyskawicznie udało mu zyskać przychylność Jankesów. I nie tylko urzędników z Waszyngtonu. Ale i zwykłych amerykańskich obywateli, którzy kuszeni walorami nieodległej przecież tropikalnej wyspy, zaczęli tam masowo zjeżdżać.

Dzisiaj ciężko sobie to wyobrazić lecz wtedy międzynarodowa turystyka w Haiti w pełni rozkwitała. Do Haiti "się jeździło". Ze Stanów, jak z Europy. Mało tego, przedsiębiorczy i dalekowzroczny generał nieźle sobie radził z państwową kasą. Obfite przychody, uzyskane ze sprzedaży kawy przeznaczał na modernizację miast i instytucji użyteczności publicznej oraz budowę dróg. W życiu społecznym ustawiał się zawsze w centrum. Organizował setki imprez i uroczystości. Był postacią szalenie barwną i lubianą. Zwłaszcza przez obywateli majętnych. Doczekał się nawet nader efektownej okładki magazynu TIME.

Przyznam, że kiedy czytam albo słyszę gdzieś echa tamtej magloire’owskiej epoki dopada mnie dziwny, irracjonalny spleen. Podobnie, gdy rozmyślam o przedrewolucyjnej, "ogolonej" Hawanie. Potem w Haiti bywało już tylko gorzej. O czym niejednokrotnie przekonał się np. pisarz Graham Greene

Papa Doc
Prezydent na całe życie
(c)tres.pimientos

Kiedy prezydent Magloire reperuje republikę i uświetnia jej życie towarzyskie w stolicy, w głębokim interiorze zbiera się opozycja. Podejmowanymi w konspiracji działaniami zręcznie kręci cichy ponoć lecz zdolny wiejski lekarz François Duvalier. W rezultacie splotu wielu przypadków, zbiegów okoliczności, ingerencji niszczycielskich sił natury w postaci huraganu Hazel i wreszcie odwrócenia się wojskowych od urzędującego prezydenta, 22 września 1957 roku Papa Doc przejmuje władzę w Republice i wprowadza się do białego Pałacu. Ma za sobą potężny elektorat – ludność wiejską, nakarmioną obietnicami m.in. dokonania reformy rolnej. W rolniczym kraju serwowanie takiej wyborczej kiełbasy musi przynieść wymierny skutek.

Ponadto zapalony Duvalier, hucznie lansuje się jako spadkobierca dawnych niewolników, toteż radykalnie tnie przywileje Mulatów oraz francuskojęzycznej elity i daje rządzić Czarnym. Zarazem, jako żarliwy orędownik kultury przodków, potrząsa afrykańskimi korzeniami, reaktywując w kraju kult voodoo. Co akurat wpisuje mu się in plus.

Ojciec duchów śmierci
source: unknown

Jak się szybko miało okazać, ten niepozorny konował, Tatko Doktorek trzymał w zanadrzu inne rewelacje. Wkrótce ogłasza się hounganem czyli mocarnym kapłanem voodoo. Dalej, przyjmuje miano Barona Samedi. Mitycznego przywódcy i ojca duchów śmierci, upiora który gęstą nocą nawiedza cmentarze, spaceruje po zapadniętych grobach i liczy swe stado. Haitańczycy rychło uwierzyli w te proklamowane inkarnacje. Tym bardziej, że niepokojąco zaczęła wzrastać liczba obywateli zmarłych w tajemniczych okolicznościach. Niemal codziennie o brzasku odkrywano w zaułkach slumsów świeżo porzucone i nadnaturalnie zmasakrowane trupy. Większość miała rany szarpane. A nad ciałami roztaczał się nieznośnie mdławy odór psującej się krwi i stężonego moczu. Zatrwożeni ludzie z sąsiedztwa donosili, że w nocy, zaryglowani w swych wątłych domostwach, regularnie wysłuchują wściekłego ujadania psiej sfory. To rumor, jaki miesza zmysły. Nietrudno stracić rozeznanie między jawą a koszmarem. Podobno tylko dzikie bestie z piekła rodem potrafią tak przeciągle wyć i skowyczeć.

Ktoś z tłumu, nieznacznie ośmielony zbawiennym światłem dnia wyznał, że nie jest do końca pewien ale po zmroku chyba ukradkiem przyuważył jedno, samotne monstrum. Z początku myślałem, że to człowiek kuca za barakiem, aby załatwić potrzebę. Ale ten nie skończył, nie podniósł się i nie poszedł normalnie, tylko się położył i ruszył nieludzkim pędem...

***
Clément Barbot czuł się w prezydenckim gabinecie Duvaliera, jak u siebie. Od wielu miesięcy obaj panowie cyklicznie spotykali się w różnych dniach tygodnia, jednak zawsze dość wcześnie rano, aby omówić bieżące sprawy republiki. Kończyli lekkie tropikalne śniadanie, w asyście nieszkodliwie buczącego na suficie wiatraka. Tylu innowierców posłałem już w zaświaty i nawet nie czuję cienia zmęczenia. Barbot roześmiał się, jak hiena. Prezydent tryskał humorem. Dopił kawę, odstawił filigranową filiżankę na hebanowy stół i podszedł do biurka. Pośród licznych papierzysk i kilku tomów spoczywały tam również dwie, lśniące „dziewięciomilimetrówki”, srebrna i czarna. Duvalier dźwignął jedną z nich, i trzymając bokiem przyłożył sobie do twarzy, trwając tak przez jakiś czas. Uczucie chłodnego metalu niewątpliwie sprawiło mu przyjemność. Nawet nie wiem, który z nich służy mi częściej. Są jak dwie kapłanki mambo, wyzwalają od złego...

Zabójca zza biurka
źródło: www.latinamericanstudies.org

Barbot hultajsko zmrużył oczy i parsknął. Kiedy nie nosił ciemnych, połyskujących okularów, na co sobie przyzwalał jedynie w obecności szefa, jawił się nad wyraz dobrodusznie. Przypominał sympatycznego wujaszka równiachę, z którym dzieciaki lubią spędzać popołudnie. Na pewno nie kojarzył się wtedy z zimnym bossem służb bezpieczeństwa i karabinem maszynowym, trzymanym w prawej ręce, non stop, na sztorc. Przez dłuższy moment muskał palcem swój cienki, jakby namalowany ołówkiem wąs. Czy możemy ufać ludziom w pałacu? Z całym szacunkiem ale widzę tu mnóstwo podejrzanych typów...

Niespodziewany wyraz troski rozbawił prezydenta. Jesteś przewrażliwiony, Barbot!, zadrwił ze swego koronnego siepacza. To, że znają moje nawyki, niewiele im daje. Czują niepewność bo wiedzą, że ja znam ich myśli... Tu Papa Doc zrobił pauzę, podnosząc obfite brwi nad oprawki grubych, okularowych szkieł. Dlatego żyją na granicy strachu. Piękna kontrola, co..? Barbot zacisnął wargi i pokiwał głową. A na zewnątrz, mój drogi, mamy Macoutes. Wyuczyłeś tych chłopców, jak mają dbać o swego pana!

To prawda, Clément Barbot perfekcyjnie wyuczył ich haniebnego zawodu...

Ciąg dalszy historii - CZARNY PIES TO STRES część II

Społecznościowo

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
tres.pimientos
Czas publikacji:
wtorek, 01 lipca 2008 03:43

Trackback

Kalendarz

Maj 2012

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

kontakt mailowy
Złote strony Wprost

Kopiowanie treści i zdjęć

© tres.pimientos

Treść bloga chroniona jest prawem autorskim.

Zezwala się na kopiowanie treści notek i zdjęć pod warunkiem uzyskania pisemnej zgody autora.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...